Wiejska droga prowadzi do podlaskiej krainy spełniania marzeń i odnalezionych nadziei

Doga do Wileni okladka jak ksiazka

Olaf, czarujący kobieciarz, prawa ręka prowadzącej program telewizyjny Dagmary Pokus, po dramatycznych wydarzeniach przepowiedzianych przez wróżkę Emilię przeprowadza się do wsi Wilenia. Jego niegdyś bardzo harmonijne małżeństwo z Aldoną nie układa się już tak dobrze. Olaf próbuje odnaleźć się w nowej sytuacji, lecz w końcu decyduje się na powrót do Warszawy. Tymczasem Wilenia staje się niezwykłym miejscem dla bohaterów Podlaskiej Sagi. Ta przepięknie położona nad rzeką Biebrzą wieś, pod wpływem kilku osób zmienia się w centrum życia kulturalnego i turystycznego Podlasia. Wilenia zaczyna przyciągać coraz więcej ludzi szukających ciszy, spokoju i piękna przyrody. Tworzy się nowa elita wsi, mocno zaangażowana we wszystkie nowe wydarzenia. W atmosferze zawodów koszenia bagien, targów folklorystycznych, zawodów konnych, festiwali grup tanecznych, budowania Domu Ludowego bohaterowie powieści ulegają przeistoczeniu. Piaszczysta wiejska droga prowadzi ich do bezpiecznej przystani zjawiskowej podlaskiej wsi, krainy spełniania marzeń i odnalezionych nadziei.

W zaciszu podlaskiej wsi bohaterowie powieści odnajdują drogę życia, której drogowskazem jest miłość.

Ucieczka do Wileni z wielkomiejskiego warszawskiego chaosu dla bohaterów jest jak katharsis. W zaciszu podlaskiej wsi relacje ludzkie się zacieśniają, a otaczająca przyroda skłania do refleksji.

Dzika przyroda największych w Europie bagien przyciąga miłośników natury i biologów. Rozległe przestrzenie przetkane wielokolorowymi kwiatami, storczykami, firletkami, wełniankami, rozbrzmiewają tysiącami odgłosów jej mieszkańców, wśród których wielu z nich jest zagrożonych wyginięciem. Bohaterowie powieści walczą o zachowanie tej unikalnej w skali światowej oazy.

Rozdział I – fragment

Rytmiczny stukot biegunów kołyski wtórował werblowi dzięcioła, który przysiadł się na jednym z konarów starej brzozy. Olaf z zaciekawieniem obserwował ptaka.

„Skąd bierze się u niego taka energia? Aż się nie chce wierzyć, że jeszcze niedawno i ja ją miałem. A teraz? Podniesienie ręki wydaję się kolosalnym wyczynem.”

Spojrzał na dziecko starannie owinięte w różowy kocyk, tak, że wystawała z niego tylko malutka główka ubrana w bawełnianą czapeczkę. Twarz mężczyzny, wychudła i zmęczona, rozjaśniła się w czułym uśmiechu. To był dla niego najpiękniejszy na świecie obrazek – jego uśpiona córeczka. Działał tak kojąco, pozwalał na moment oderwać myśli od nieciekawej teraźniejszości, pełnej pytań, na które nie znajdował odpowiedzi. I nie tylko on je sobie zadawał. Widział je w oczach Aldony, uśmiechających się jedynie na widok Iwuni, natomiast, gdy tylko dostrzegała męża, jej spojrzenie nabierało tego nowego wyrazu, zasępionego, z głęboką zmarszczką na czole pomiędzy szerokimi, jasnymi brwiami, które również układały się w linie podobne do znaków zapytania, a może oskarżenia? Badawczy wyraz twarzy zazwyczaj pogodnej Doni peszył go niezmierne i wprawiał w pewien rodzaj zakłopotania, którego do końca nie potrafił zanalizować. Oczywiście, że pamiętał, może nie szczegółowo, ale w miarę dokładnie swój pobyt w szpitalu. Zapisane drobnym pismem karteczki były świadkiem tego okresu i Olaf co jakiś czas otwierał pudełko, w którym, po wyjściu ze szpitala, ułożył te zapiski. Wyjmował na chybi trafił jedną lub dwie i wgłębiał się w ich lekturę. Czego tam nie było?! Sam się sobie dziwił, skąd u niego wzięło się tyle pomysłów, a niektóre z nich, musiał teraz przyznać, były kompletnie szalone.

Tylko jedną kartkę starannie omijał. Trafiła wprawdzie do jego rąk, raz czy dwa, ale upuszczał ją, jakby była z rozpalonego żelaza, a potem chował ją głęboko, na dnie pudełka. To była ta z listą kobiet tworzących harem. Ogarniały go mieszane uczucia, gdy wspominał tamten pobyt. Przede wszystkim był przekonany, że trafił na Sobieskiego przez pomyłkę. Owszem, był na pewno osłabiony – to naturalne po ciężkiej chorobie, jak zapalenie opon mózgowych. Ale odjazd psychiczny? Wykluczone. Miał uraz do Dagmary, że podstępem wpakowała go do szpitala. Do tej pory, a minął już miesiąc od jego wypisania, nie potrafił zadzwonić do byłej szefowej, chociaż przez Aldonę i Jankę wypytywała się o jego zdrowie. Obie tłumaczyły, że jest osłabiony i jeszcze nie może wrócić do normalnego życia. Dni biegły powoli, nikt od niego niczego nie wymagał, a i tak nie miał energii na jakiekolwiek inne zajęcia, niż opieka nad córeczką. Może dlatego, że jedynie ona traktowała go bez żadnych wyrzutów, rozjaśniała się w bezzębnym uśmiechu na jego widok i z zapałem machała maleńkimi rączynami, jakby zamierzała unieść się w powietrze. Brał ją na ręce i przytulał kruche ciałko do piersi, całując malutką główkę. To były jego chwile szczęścia. Zapominał wtedy o Warszawie, o swojej byłej pracy, o znajomych.

Jego dawne życie wydawało mu się tak odległe, jakby miało miejsce sto lat temu. Nawet Wilenia, którą przecież dobrze znał i była jednym z elementów okresu „przed kleszczem”, stała się inna, obca. Nie było w niej Mirki, która go lubiła i był przekonany, że pewnie przymknęłaby oko na jego „pociąg do wielu kobiet”. Ta cała historia z haremem nie świadczyła przecież o jego złym charakterze. Przeciwnie, dowodziła, że chce stanąć na nowej drodze życia, bez ranienia nikogo i okłamywania. A tymczasem wszystkie baby się poobrażały, a najbardziej Aldona. Na szczęście tych innych nie widywał, lecz żonę miał na co dzień. Wszyscy ją chwalili, jak cudownie się nim zajęła podczas choroby, jak jemu przebaczyła i nie wyrzekła ani jednego słowa skargi. I właśnie to było najgorsze. Gdzie się podziała ta dawna Donia, do której pisał listy miłosne i jak na skrzydłach przyjeżdżał do Wileni? Tamta, opalona dziewczyna na koniu, uśmiechnięta, radosna, oddająca się mu z bezgraniczną miłością, a ta tutaj, podtyta, niedbale uczesana, z ciągle zatroskanym wyrazem oczu i zaciśniętymi ustami, z lekko przygarbionymi plecami, jakby cały czas dźwigała wielki ciężar - to były dwie kompletnie odmienne istoty. Co jakiś czas zadawał sobie pytanie, czy rzeczywiście kocha tę obecną i czy było warto odrzucać Romę i zrezygnować z Haliny. Chociaż i o nich nie myślał zbyt dużo. Po raz pierwszy w swoim życiu był wolny od ciągot w stronę płci pięknej. Wystarczała mu ta maleńka kruszynka, która właśnie otworzyła swoje cudne oczka, jeszcze trochę podpuchnięte od snu, ale już rozjaśnione radością na jego widok. Przeciągnęła się rozkosznie i ziewnęła otwierając szeroko usteczka.

– Moja ty jedyna. Jesteś dla mnie najważniejsza – szeptał czule, wyjmując niemowlę z kołyski.


Siedząca na werandzie Aldona obserwowała męża i córkę. Już, już miała się uśmiechnąć na widok drogich jej istot, ale nie potrafiła się zdobyć nawet na łagodniejszy wyraz twarzy. Od czasu powrotu Olafa do domu nie umiała odnaleźć sobie miejsca. W okresie jego pobytu w szpitalu psychiatrycznym była dzielna, nie załamywała się, marzyła tylko o tym, aby wyzdrowiał. Nawet ta historia z listą kobiet nie zburzyła doszczętnie jej wiary na powrót do normalnego życia. Wydawało się jej, że potrafi mężowi wybaczyć i zapomnieć o jego zdradach i okłamywaniach. A tymczasem mijały dni, a rana zadana jej sercu nie chciała się zagoić. Nie poruszała tego tematu z Olafem. Była przekonana, że rozmowy nic nie zmienią, a właściwie pogorszą sytuację. Jedynym lekarstwem na wyrzucenie z siebie wszystkich uraz, byłaby szczera skrucha Olafa. Gdyby padł przed nią na kolana i błagał o przebaczenie, wtedy potrafiłaby wyrzucić z siebie całą ponurą przeszłość o nazwie „harem”. Ale niestety Olaf nie zdobył się na taki gest. Może nadal uważa, że powinien mieć wiele kobiet i to jest w porządku?

Spojrzała znowu na męża trzymającego Iwunię w ramionach.

„Gdyby wymazać z pamięci tego nieszczęsnego kleszcza, byłby to najpiękniejszy widok na świecie. Podeszłabym do nich, ucałowała oboje, a potem razem odwiedzilibyśmy Sułtana.”

Usiłowała przerzucić myśli na ukochanego konia, który niegdyś był niemalże całym jej światem. A teraz i to się zmieniło. Wprawdzie z poczucia obowiązku brała araba na poranne przejażdżki, już bez Olafa doganiającego ją na pożyczonym wałachu czy klaczy, ale nawet te momenty nie cieszyły ją jak niegdyś. Wierzchowiec też to czuł i może się Aldonie tylko wydawało, ale i on był jakiś osowiały. „Wszyscy zostaliśmy ugryzieni przez kleszcza” – myślała z goryczą.